Rozdział 2
Było cicho. Bardzo cicho. Czwórka
przyjaciół siedziała schowana w gabinecie profesora Snape'a. Bali się, że za
chwilę wejdzie ktoś inny niż on. Jemu jednak ufali, ponieważ był szpiegiem
Voldemorta. Nagle usłyszeli skrzypienie drzwi. Do środka wszedł Severus Snape
oraz Albus Dumbledore.
-Severusie,
powiedz mi wszystko co wiesz o tym ataku - zażądał dyrektor.
-Nic o tym
nie wiem. Czarny Pan mnie nie poinformował - oznajmił ozięble Mistrz Eliksirów.
Starzec
podszedł do kominka naprzeciwko biurka, pod którym chowało się czterech
uczniów.
-Mam
nadzieję, że będziesz dalej mnie informował - rzekł z przekonaniem Dumbledore.
Po upływie
kilku sekund dyrektor wyszedł z gabinetu nauczyciela. Mężczyzna podszedł do
biurka i przykucnął.
-Możecie już
wyjść - oznajmił chłodno.
Ślizgoni
wygramolili się spod lekko podniszczonego, ciemnego biurka. Stanęli pod ścianą
i spojrzeli na profesora. Odetchnęli z ulgą, że dyrektor nie znalazł ich, kiedy
stał w pobliżu.
-Profesorze,
co to był za atak? - spytał pewny siebie Draco.
-Wiem tyle
co ty Malfoy. Czarny Pan nie raczył mnie poinformować - odrzekł szorstko Snape.
Po chwili
Mistrz Eliksirów spojrzał ze zdziwieniem na Pottera, który wpatrywał się w
buteleczkę z czerwonym płynem.
-Potter? Co
ty tutaj do cholery robisz? Czy ty uczestniczyłeś w ataku? - spytał unosząc
brwi.
-Znam
prawdę. Wiem kim byli moi rodzice - powiedział szybko.
-Kiedy się
dowiedziałeś? - zapytał z zaciekawieniem Severus.
-Wczoraj
wieczorem miałem przyjść do Dumbledore'a, lecz go nie było. Zauważyłem myślodsiewnie
i od razu...
-Rozumiem,
Potter. Idźcie już do dormitorium - przerwał mu Snape.
Czwórka
uczniów wyszła z gabinetu i skierowała się w stronę pokoju wspólnego ślizgonów.
Mieli wejść do środka i odpocząć, lecz przed wejściem zobaczyli skrzata domowego.
Harry jeszcze nigdy nie widział tego skrzata. Był ciekawy, czego od nich chce.
-Harry
Potter sir, miałam panu to przekazać - powiedziała skrzatka piskliwym głosem i
wręczyła mu list.
Kiedy
wypowiedzieli hasło ,,Bazyliszek'' weszli do pokoju wspólnego i usiedli na
czarnej, skórzanej kanapie. Było tutaj mrocznie. Ściany były w barwach
Slytherinu, a obrazy przedstawiały potomków Salazara. Harry otworzył list i
natychmiast zaczął czytać.
Witaj Harry,
Musimy się
spotkać,
jutro o 19
przy korytarzu na
5 piętrze.
Nie było żadnego podpisu. Potter
zainteresował się, kto to może być. Postanowił, że porozmawia o tym z Hermioną.
Ona dużo mu pomogła w Hogwarcie. Między innymi uratowała przed Weasley'em. Tego
dnia szedł korytarzem na zaklęcia. Był spóźniony. Nagle usłyszał za sobą głośny
huk. Kiedy się obrócił zobaczył czarnowłosą ślizgonkę z wyciągniętą przed
siebie różdżką, oraz Weasley'a leżącego na podłodze. Widać, że chciał go
zaatakować z zaskoczenia. Kilka tygodni później...
-Harry, słyszysz co ja do ciebie mówię?
- spytał wrednie Malfoy.
-Co? Tak, skrzat domowy! - krzyknął
pewnie Harry.
-Nie całkiem. Rozmawialiśmy o tym, co
powiedziałeś Snape'owi - powiedziała Pansy.
Potter spuścił głowę. Pamiętał, że
dziś rano obiecał im, że powie, dlaczego tak dziwnie się zachowywał. Nie chciał
złamać tej obietnicy. Po chwili namysłu zaczął mówić.
-Więc moi rodzicie pracowali dla
Voldemorta - rzekł zwięźle czarnowłosy.
-To dlaczego ich zamordował? - spytał
Draco.
-Mój ojciec chciał obronić swojego
najlepszego przyjaciela, Syriusza Blacka. Ponoć źle wykonał zadanie. Stanął
między nim a Voldemortem. Czarny Pan się wściekł i zaczął planować morderstwo.
Tego wieczora zginęli - powiedział cichym głosem Harry.
Przyjaciele nie spodziewali się tego.
Byli bardzo zdziwieni. Myśleli, że jego rodzice od zawsze popierali
Dumbledore'a i jego ideę. Malfoy i Parkinson poszli do gabinetu ich opiekuna
wezwani przez jego samego. Harry zaczął rozmawiać z Hermioną o liście.
-Hermiono, dostałem list - rzucił
krótko.
-Tak, i coś z nim nie tak? - spytała
troskliwie dziewczyna.
-Cóż, ktoś chcę spotkać się ze mną
przed korytarzem na piątym piętrze. Nie było żadnego podpisu - powiedział z
lekkim zaniepokojeniem.
-Powinieneś poćwiczyć oklumencję, tak
na wszelki wypadek - zaproponowała czarnowłosa.
Harry zmieszał się. Oklumencja nigdy
nie szła mu dobrze, a zwłaszcza z Severusem. Podziękował jej i poszedł zmęczony do swojego
dormitorium. Padł na łóżko nie zmieniając ubrań.
Następnego
dnia został gwałtownie obudzony przez Malfoy'a, który użył na nim Aguamenti.
Zerwał się zdenerwowany z łóżka i nawymyślał blondynowi.
-Ale jesteś okrutny Malfoy.
-Cóż, nie zmienisz tego. Pora na
śniadanie. Trwa już chyba pół godziny - powiedział złośliwie Draco.
Potter tylko pokiwał głową i zarzucił
na siebie szatę szkolną, po czym pobiegli prędko na śniadanie.
Gdy
weszli do Wielkiej Sali, skierowali się do stołu ślizgonów i zajęli miejsca.
Harry obok Hermiony, a Draco obok Pansy. Czarnowłosy wziął dwa naleśniki z
dżemem truskawkowym i polewą miodową i zaczął rozmowę.
-Smoku, nie wiesz może kto mógłby
pomóc mi z nauką oklumencji? - spytał miło.
-Snape. A jeśli wolisz kogoś innego,
możesz ze mną poćwiczyć. O 19 mam czas - odpowiedział pogodnie blondyn.
-Pójdę do Snape'a… - rzekł
zniechęcony.
Po śniadaniu udali się na zielarstwo.
Zajmowali się przesadzaniem czyrakobulw. To było obrzydliwe. Trzeba było uważać
na delikatne bąble, by ich nie zgnieść, gdyż mogłaby wytrysnąć na nich ropa. To
niezbyt miłe uczucie.
Po zielarstwie ruszyli na obronę przed
czarną magią. W tym roku uczył ich jakiś George Miller. Był znanym aurorem,
zaraz po Szalonookim. Znał się na rzeczy. Uczyli się o wszystkich
właściwościach zaklęć niewybaczalnych, aż przez dwie godziny. Na końcu mieli
wyjątkowo nudną lekcję transmutacji.
Po
lekcjach, Harry udał się do gabinetu Snape'a w celu nauki oklumencji. Kiedy
zapukał usłyszał chłodne ,,wejść'',
po czym wszedł do środka. Mistrz Eliksirów siedział za biurkiem czytając
książkę o czarnej magii.
-Potter. Co cię tutaj sprowadza? -
spytał ozięble Severus.
-Ktoś chce się ze mną spotkać.
Hermiona doradziła mi, żebym nauczył się bronić umysł za pomocą oklumencji -
odpowiedział czarnowłosy patrząc nauczycielowi prosto w oczy.
Nagle poczuł obecność innego umysłu w
swojej głowie. Postanowił wyobrazić
sobie ostatni atak. Zaklęcie próbowało przebić się przez tarczę magiczną, lecz
śmierciożerca nie dawał za wygraną. Zaklęcie było wzmacniane z całych sił
czarodzieja. Zamaskowany mężczyzna nie wytrzymał. Upuścił różdżkę, a zaklęcie
ugodziło go w pierś. Umysł opuścił jego głowę.
-Całkiem nieźle Potter. Widzę że coś
pamiętasz z poprzedniego roku - rzucił niemiło Snape.
-A teraz idź na to spotkanie.
Siedzieliśmy tutaj trzy godziny - dodał.
Czarnowłosy opuścił pomieszczenie i
udał się w stronę schodów. Kiedy stanął na piątym piętrze, drzwi do zakazanego
korytarza uchyliły się lekko. Usłyszał ciche, szorstkie ,,wejdź''.
Kiedy wszedł, drzwi zatrzasnęły się, a
pomieszczenie spowiła ciemność.
-Harry Potter. Nareszcie jesteś…
***
Tym razem postarałem się, by rozdział był dłuższy. Zajął mi aż 4 strony w wordzie :)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz